Małgorzata Gutowska-Adamczyk i Wydawnictwo Nasza Księgarnia zapraszają do lektury!

Wśród książek Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk znajdziecie powieści obyczajowe, historyczne, groteskę, powieść autobiograficzną. Zapraszamy do lektury!



piątek, 25 lutego 2011

Audiobook - prośba o Wasze opinie

Przypominam o naszym konskursie obsadowym (post z 14 lutego). Na zaproponowanie obsady filmu według pierwszego tomu "Cukierni Pod Amorem" macie czas do północy z poniedzialku na wtorek. Wasze typy oceni reżyser "Rancza", Wojciech Adamczyk, a główną nagrodą jest obiad z autorką "Cukierni" i przewodniczącym jury. Przewidziane również nagrody książkowe.

Informuję także, iż Wydawnictwo Nasza Księgarnia ma w planach nagranie audiobooka z "Cukierniami".
I tu nasze pytanie do Was:

Czy powieść powinna przeczytać kobieta? A może mężczyzna? Ktoś raczej młody, czy w sile wieku?

Bardzo poważnie rozważymy Wasze głosy, zatem prosimy o społeczne konsultacje w tej sprawie.

Na koniec zabawna "książkowa" animacja:

http://www.youtube.com/watch?v=cFnuP9niRUg&feature=player_embedded


Pozdrawiam piątkowo,

Agata z zespołem Naszej Księgarni

czwartek, 24 lutego 2011

Wywiad udzielony toruńskiej Książnicy Kopernikańskiej

KK: Podobno na spotkania autorskie przynosi Pani babeczki kajmakowe własnego wypieku?

MG-A: Noblesse oblige. Od kiedy pozwoliłam sobie jedną z moich powieści zatytułować "Cukiernia Pod Amorem", czuję się w obowiązku pokazać czytelnikom, że wiem, o czym piszę. Ale jest też inna przyczyna. Spotkania
autorskie są dla mnie ważne, oto mogę spojrzeć w oczy ludzi, którzy poświęcili swój czas, aby wysłuchać, co mam im do powiedzenia. Chcę za to jakoś podziękować, a nic tak nie ociepla atmosfery, jak smakowite wypieki.

KK: W jednym z wywiadów przyznała Pani, że dopiero od niedawna czuje się pisarką, wcześniej była Pani ledwie "autorką". Może to nie najlepiej postawione pytanie, ale w którym momencie autor staje się pisarzem?

MG-A: Wtedy, kiedy sam o tym zadecyduje. Ja latami odkładałam swój debiut, bo nie czułam się na siłach, by walczyć o rząd dusz, jak mawiali romantycy. Uważałam, że nie mam niczego interesującego do powiedzenia. Druga sprawa to warsztat. Teraz, bardziej odpowiedzialnie niż kiedyś, mogę powiedzieć: jeszcze dużo nauki przede mną. Myślę, że to kwestia skromności i pokory wobec wielkich autorów minionych epok oraz czytelników.

KK: Daniel Odija powiedział kiedyś, że pisanie to "wyjaśnianie własnych lęków i zachwytów". Z kolei Mariusz Sieniewicz twierdzi, że pisanie "jest przekorną próbą wytłumaczenia świata". Podziela Pani ich zdanie?

MG-A: Oba te określenia są mi bliskie, ale powiedziałabym prościej: "Pisanie to opowiadanie ciekawych historii".

KK: Nie byłoby pisarki Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, gdyby nie...

MG-A: Wielu z nas, mnie również, przychodzi czasem do głowy, że sama się stworzyłam. A jednak na nasze życie wpływ ma tak wielu ludzi i tyle sytuacji... Kiedy sięgam w najdalszą zapamiętaną przeszłość, przypominam sobie, jak zamęczałam uczennice mojej mamy, aby mi czytały, a potem, zapisywały wymyślone przeze mnie baśnie. Mój debiut jednakże nie był stricte literacki, początkowo pisałam przecież scenariusze. I gdyby ktoś zaproponował mi pracę nad serialem po zakończeniu produkcji "Tata, a Marcin powiedział…", pewnie wsiąkłabym w ten świat. Tak się jednak nie stało. Moim dobrym duchem okazała się przyjaciółka, Iwona Libucha, tłumaczka, która poleciła mnie wydawnictwu Akapit Press. Tam zadebiutowałam, jako autorka powieści "110 ulic".

KK: Zadam banalne i nie lubiane przez twórców pytanie: co Panią inspiruje, co sprawia, że chce się Pani pisać?

MG-A: To się zmienia w czasie. Najpierw był odczuwany przez lata przymus. Jakiś głos wewnętrzny mówił mi, że jedynie pisanie da mi poczucie sensu życia. Próbowałam nie słyszeć tego głosu, dość długo go lekceważyłam, zajmowałam się różnymi innymi rzeczami, jednak w końcu zrozumiałam, że jest silniejszy niż moje lęki, brak umiejętności stworzenia fikcji i skromność wobec literatury, którą zawsze traktowałam bardzo serio. Teraz są to moi wydawcy, którzy zapłaciwszy zaliczkę, mają prawo domagać się wykonania umowy. A inspiracje są wszędzie, trzeba tylko chcieć się na nie otworzyć. Autor patrzy na świat nieco inaczej, szukamy historii, w rozmowach, w lekturach, we własnych przeżyciach. Niczym patchwork, komponujemy opowieść z rozmaitych materiałów pozbieranych w różnych miejscach.

KK: Najpierw były książki dla młodzieży, teraz pisze Pani głównie dla czytelników, którzy naście lat mają już za sobą. Trudno w literaturze zmienić kategorię wiekową?

MG-A: Kompletnie nie, może wreszcie dojrzałam?

KK: Czytelnicy pokochali "Cukiernię Pod Amorem". Po dwie pierwsze części w bibliotekach ustawiają się kolejki, trzecia ukaże się za kilka miesięcy i pewnie też będzie bestsellerem. Co potem? Czwarty tom, po nim kolejne? Nie boi się Pani, że trudno będzie uwolnić się od tej sagi? Będzie Pani miała dość siły, żeby powiedzieć: "Kochani, wiem, że chcielibyście więcej, ale już wystarczy, czas na coś innego"?

MG-A: Między drugim a trzecim tomem "Cukierni Pod Amorem" (który prawdopodobnie ukaże się w październiku), czytelnicy dostali dwie moje powieści: "Jak zabić nastolatkę (w sobie)?" (wyd. Ikar) oraz "Mariola, moje krople" (wyd. Świat Książki), które są zupełnie różne w stylu i formie. Mam nadzieję, że w oczekiwaniu na trzeci tom zechcą do nich zajrzeć.

Po trzecim tomie sagi nastąpi jakaś przerwa, ponieważ na razie nie mam w szufladzie żadnego konkretnego projektu. Czwartego, a tym bardziej piątego tomu sagi na razie nie planuję, ale życzenie czytelników może okazać się sprawcze.
Chciałabym porozmawiać z nimi o tej powieści, dlatego wiosną spotkam się z czytelnikami w kilkunastu bibliotekach, między innymi w Toruniu, Bydgoszczy, Oświęcimiu. Bardzo serdecznie zapraszam na te spotkania!

KK: Nie mogę tego pominąć milczeniem - na pytanie jak chciałaby Pani umrzeć odpowiedziała Pani: "ze śmiechu". Proszę rozwinąć tę myśl.

MG-A: Czy można sobie wyobrazić przyjemniejszy rodzaj śmierci?

KK: Na koniec proszę podać tytuły trzech powieści (niestety, tylko trzech), które według Pani trzeba koniecznie przeczytać. Uzasadnienie wyboru mile widziane.

MG-A: Obawiam się, że nie ma idealnego przepisu na trzy uniwersalne powieści, które sprawdzą się jako duchowe przewodniki zawsze i dla wszystkich. Wybór lektury zależy bowiem od wieku czytelnika. Z czasem dojrzewamy, zmienia się nasz horyzont. Nie warto zaśmiecać umysłu dziecka problemami dorosłych, których i tak nie zrozumie. Dorośli z reguły nie zaglądają do powieści opisujących świat nastolatków i nie ma w tym niczego dziwnego.

Ale nawet, jeśli przyjmiemy regułę dzielącą życie ludzkie na trzy albo nawet cztery etapy, zadanie przyporządkowania trzech powieści każdej z kategorii wiekowych pozostaje nadal karkołomne. Świat się bowiem coraz szybciej zmienia, zmieniają się ludzkie problemy i (niektóre) wartości . Dochodzi do tego, że współczesna młodzież (wiemy to z egzaminów gimnazjalnych) ma zupełnie inne spojrzenie na wartości niż pokolenie dzisiejszych dziadków. Stąd ciągła potrzeba powstawania literatury współczesnej.
Z drugiej jednak strony, o istocie człowieczeństwa powiedziano już niemal wszystko i warto czasem zajrzeć do klasyków, by dowiedzieć się czegoś o ludziach, którzy żyli w świecie rządzonym przez inne reguły.
Z literaturą jest więc trochę tak, jak z butami: mamy różne nogi, bywają różne pory roku, zmienia się również pogoda, ale na każdą nogę i na każdą pogodę jest w bibliotece i na półce księgarskiej odpowiedni but, to książka (niekoniecznie powieść, może zbiorek poezji?), która czeka, abyśmy pozwolili jej być naszym najbliższym przyjacielem.

© Książnica Kopernikańska w Toruniu

wtorek, 22 lutego 2011

W ten zimowy poranek usiądźmy raz jeszcze przy kominku

Tu dłuższy wywiad z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk:
http://przykominku.com/wywiad/malgorzata_gutowska-adamczyk

Przypominam też wszystkim odważnym, że mają jeszcze tydzień, aby zmierzyć się z obsadą filmu na podstwie pierwszego tomu "Cukierni", który oglądamy w naszej wyobraźni.
Wasze propozycje są niezwykle interesujące, czasem kontrowersyjne, bardzo za nie dziękujemy i myślimy o dodatkowych niespodziankach dla uczestników.
Rozwiązanie konkursu nastąpi w pierwszych dniach marca.

Pozdrawiam,
Agata

niedziela, 20 lutego 2011

Na niedzielny deser

Ta zima, o czym już wiecie, upływa mi pod znakiem ciasta francuskiego. Dziś zrobiłam dla moich domowników i dla Was kieszonki z jabłkiem. Posługując się gotowym mrożonym ciastem francuskim, potrzeba naprawdę niewiele czasu, aby w domu pysznie zapachniało. Pamiętajcie, że nie każde jabłko da się upiec. Ja wykorzystałam małe kawałki surowego bojkena (trzy niewielkie jabłka).

Bardzo żałuję, że nie można na zdjęciu zawrzeć zapachu! Pozdrawiam niedzielnie!

P.S.
No właśnie! Powiem szczerze, że wyżerki nie było, bo ciastka pozostawione przez nieuwagę na stole, nie wiedzieć kiedy wyparowały. Żaden z domowników się nie przyznał, a że kiedyś w podobny sposób zniknęło kilkanaście surowych pierogów z kapustą i grzybami, winowajca może być tylko jeden, a raczej trzech, bo która suka w całkowitej dyskrecji pożarła ciastka, nikt nie zauważył.
Zgubił nas ten zapach, dobrze, że chociaż zdjęcie zostało...
mga

poniedziałek, 14 lutego 2011

Uwaga! Konkurs!

Z okazji Walentynek, proponujemy Wam następującą zabawę:

Stwórz obsadę marzeń serialu „Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy”. Który z polskich aktorów byłby najlepszym Tomaszem Zajezierskim, a która aktorka idealną Igą Hryć?

Poniżej nazwiska bohaterów książki. Należy wymyślić obsadę poniższych ról:

Waldemar Hryć
Iga Hryć
Celina Hryć
Barbara Zajezierska
Tomasz Zajezierski
Adrianna Zajezierska
Kinga Toroszyn
Wanda Bysławska
Zuzanna Blatko
Marianna Blatko
Igor Wolski
Róża z Wolskich
Timofiej Toroszyn
Wsiewołod Toroszyn

W jury zasiądzie autorka sagi z mężem – Wojciechem Adamczykiem, reżyserem serialu „Ranczo”.
Zwycięzca/zwyciężczyni w nagrodę zostanie zaproszony/a na kolację z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk i jej mężem do wspólnie ustalonej restauracji. Otrzyma również zestaw książek od Wydawnictwa.

Na odpowiedzi czekamy do końca lutego.
Proszę wysyłać je na adres: a.napiorska@nk.com.pl , w tytule maila wpisując „Obsada marzeń”.

Życzę miłej zabawy!

Agata

czwartek, 3 lutego 2011

Internauci pytają, MGA odpowiada

Małgorzata Gutowska-Adamczyk odpowiedziała na pytania internautów, zadane za pośrednictwem bloga
http://www.prowincjonalnenauczycielstwo.blogspot.com/, przeczytajcie, co mówi o stosunku do alkoholu, o swoich synach, inspiracjach, ulubionych lekturach:

http://prowincjonalnenauczycielstwo.blogspot.com/2011/02/powiesc-pisze-sie-w-mozole-czyli-wywiad.html

Pozdrawiam,
Agata

czwartek, 27 stycznia 2011

Gościliśmy przy Trawiastej

Bardzo dziękujemy dyrekcji i pracownikom Biblioteki Publicznej przy ulicy Trawiastej za gościnę w dniu dzisiejszym.  Podczas wieczoru mieliśmy okazję dowiedzieć się, co czeka niektórych bohaterów w trzecim tomie oraz zapoznać się z fragmentem życia Giny Weylen w 1940 roku.
Dziękujemy przybyłym gościom, którzy stworzyli sympatyczny klimat.
Poniżej moja fotorelacja ze spotkania.





środa, 26 stycznia 2011

Jutro spotkanie autorskie!

Uwaga, uwaga!

Warszawiaków oraz mieszkańców okolic zapraszamy na spotkanie autorskie Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, które odbędzie się w Bibliotece Publicznej przy ulicy Trawiastej 10, w Warszawie-Aninie, jutro, to jest 27 stycznia, o godzinie 17!

Dla wszystkich chętnych wydanie specjalne Obserwatora Gutowskiego z autografem!

Zespół Naszej Księgarni

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Co znajdziecie w trzecim tomie?

Ci z Was, którzy mieli w ręku nasz świąteczny zestaw prezentowy, zetknęłi się na pewno z wydaniem specjalnym Obserwatora Gutowskiego. Zamieściliśmy tam początkowy fragment trzeciego tomu "Cukierni". Ciastkiem przewodnim tego tomu będzie rożek francuski. Poniżej ten fragment dla osób, które Obserwatora nie przeczytały:

"Pod koniec sierpnia kilka deszczowych dni znienacka zakończyło lato. Z trawników spłynął kurz, w powietrzu zawisł aromat dojrzewających owoców, a wschodni wiatr przywiał od strony lasu zapach butwiejącego igliwia, jałowców i grzybów. Choć za dnia bywało jeszcze ciepło, a nawet upalnie, wieczorami znad jeziora Nyć wpływała do miasta fala chłodu.
Rokrocznie z początkiem września w cukierni Pod Amorem pojawiał się klasyczny wypiek z ciasta francuskiego, rożek królewski. Wypełniony zazwyczaj prażoną antonówką, z leciutką nutą cynamonu, po wierzchu glazurowany lukrem, podobnie, jak babie lato, stanowił jedną z oznak zbliżającej się złotej polskiej jesieni.

Pierwszy dzień sprzedaży rożka był w Gutowie niekwestionowanym lokalnym świętem. Obwieszczała je wystawiana przed cukiernię tablica reklamowa. Chwilę później pojawiali się pierwsi klienci. Nadchodzili z różnych stron rynku, ale też od Szewskiej, Parkowej, Owsianej i Farnej. Przez minione słotne dni spoglądali tęsknie ku Amorowi, czekając z nadzieją, że smakowite ciastko zrekompensuje im smutek i żal za odchodzącym latem.

Choć niektórzy chętnie kupiliby go wcześniej, Hryć nie piekł rożka, nim dojrzały jabłka. Z jakiegoś powodu nie komponował mu się z upałami. W cukierni nie robiono też dużych zapasów antonówki. Kiedy jej zimowa odmiana znikała ze straganów, rożek ustępował miejsca lżejszym ciastkom, na przykład owocowym torcikom o biszkoptowym spodzie i oczywiście jagodziankom.

W niektórych rodzajach wypieków, na przykład w drożdżowym, kilka ambitnych gospodyń mogłoby konkurować z Waldemarem Hryciem. Piekły też niezłe babki piaskowe, sprawdzały się w faworkach, roladach, udawały im się pierniki i torty. Ale nawet mając przed oczyma dokładny przepis na ciasto francuskie z najlepszej książki kucharskiej oraz stosując się doń literalnie, nigdy nie uzyskały efektu – „tej niebiańskiej kruchości” – jak mawiał ksiądz prałat. A przecież gospodyni proboszcza celowała w cieście kruchym, zaś jej placek ze śliwkami i kruszonką dostałby pewnie miejsce na podium, gdyby w Gutowie urządzano zawody cukiernicze.
Przygotowując francuskie nie można się było jednak obyć bez znajomości niektórych tajników zawodu, albowiem w tym przypadku proporcje miały tak samo istotne znaczenie, jak technika wykonania.

Rożek wykonywano zazwyczaj z kwadratu o boku dziesięciu centymetrów, który po ułożeniu nań grudki prażonego jabłka i posmarowaniu brzegów roztrzepanym jajem, zlepiano złożywszy po przekątnej, by uzyskać kształt trójkąta. Upieczony miał grubość około trzech centymetrów, jasnozłoty kolor i osławione dwieście pięćdziesiąt sześć warstw, które powstawały podczas wielokrotnego składania płata surowego ciasta „w kopertę” i ponownego wałkowania. W dodatku, jak pouczali autorzy podręcznika technologii ciastkarstwa, podczas wałkowania: „grubość warstwy ciasta na środku „gwiazdy” powinna być o połowę mniejsza od grubości warstwy tłuszczu, natomiast ramiona gwiazdy winny mieć grubość czterokrotnie mniejszą niż jej środek”.

O tym gospodyni proboszcza nie mogła przecież wiedzieć, gdyż szczegóły produkcji okrywała tajemnica, a dopiero ta ilość warstw, wydawałoby się nieskończona w tak małym wypieku, była optymalna. Mniejsza ich liczba nie tylko nie dałaby efektu „niebiańskiej kruchości”, ale też nie zatrzymałaby ogromnej ilości tłuszczu, który gotowy produkt musiał zawierać.
Kolejną, znaną jedynie zawodowcom zasadą było, iż francuskie należy wałkować bardzo umiejętnie, naciskając z równą siłą obie strony wałka, najlepiej na schłodzonym blacie, a w przypadku braku takowego, po każdym wałkowaniu trzeba koniecznie studzić ciasto w lodówce. Składanie i wałkowanie Waldemar Hryć najchętniej wykonywał osobiście. Jeśli jednak z jakiegoś powodu nie mógł tego zrobić, powierzał tę czynność najbardziej doświadczonemu pracownikowi, na ogół szefowi zmiany.

Szczegóły techniczne i tajemnice warsztatu interesowały być może gospodynię proboszcza, która niejedną kostkę masła i niejedną torbę mąki zmarnowała, próbując wciąż na nowo dojść do efektu wielu cudownie łuszczących się warstw, pięknie wyrośniętych, niezbyt suchych i w żadnym wypadku twardych, szklistych czy gumowatych. Zwykły smakosz jednak kompletnie nie zaprzątał sobie tym głowy. Dla niego liczyć się mogło co najwyżej eleganckie zjedzenie ciastka.

Gdy klienci wychodzili z cukierni ze sporymi paczuszkami, zazwyczaj jednego rożka trzymali w papierowej serwetce, tuż za drzwiami zatapiając zęby w smakołyku. Dobry obyczaj nakazywał konsumować go przy pomocy dwóch dłoni. Podczas gdy prawa manipulowała ciastkiem, lewa, podstawiona pod brodę, wychwytywała najmniejsze okruszki, które były ostatnim pocieszeniem łakomczucha, potem zaś zdejmowała z twarzy przylepione płatki lukru.

W przypadku jednak, kiedy druga ręka była czymś zajęta, choćby dziesięcioma rożkami niesionymi dla rodziny, tego i owego widziano na ulicy, jak skrycie wycierał usta rękawem lub szedł dumnie z zapomnianymi kawałkami lukru przyklejonymi do brody czy nad górną wargą. Dla wszystkich był to nieomylny znak, że Pod Amorem rozpoczął się właśnie sezon jesienny".


U nas wciąż zima, ale życzę Wam wszystkim smacznego!

Agata